Trochę czasu mnie to nie było, ale uczelnia, chłopak itp, to wszystko sprawia, że nie mam prawie wolnej chwili.
Jak na razie idzie dobrze, waga powolutku, ale spada. Mobilizuję się do ćwiczeń, wczoraj biegałam 20 min na orbitreku i robiłam brzuszki, miałam dzisiaj pójść pobiegać, ale nie wiem co z tym będzie. N razie jestem padnięta, dopiero co wróciłam z uczelni. No i zakwasy... Ale przynajmniej porobię brzuszki, coś się porozciągam i jakieś ćwiczenia na inne partie mięśni.
Wiosna za oknem, od razu chce się więcej robić i wszystko łatwiej przychodzi:) autobus zamieniłam na spacery, same plusy z ładniejszej pogody:) Najgorsze że samej mi się ciężko zmobilizować żeby pójść na spacer a mojego chłopaka ciężko na taki wypad namówić. I muszę już bardziej kombinować przy nim, ostatnio zaczął mi na zakupach robić wyrzuty, że nie jem normalnie, że to co jem to jest zdecydowanie za mało itp... Stwierdziłam, ze skoro nic mi nie jest to znaczy że mi tyle wystarczy, coś jeszcze pomarudził, ale rozmowa już była skończona, z reszta nie lubię z nim na ten temat rozmawiać.
Chwila odpoczynku i czas się brać za coś do roboty;) Pozdrawiam:**
wtorek, 27 marca 2012
środa, 21 marca 2012
Dziękuję Wam za słowa wsparcia :*
Niestety nie będę mogła zaglądać tu codziennie żeby coś naskrobać, ale będę to robiła jak tylko znajdę wolną chwilkę. Siedząc w domu mogłam przesiadywać tu cały czas, niestety weekend nie był wieczny i trzeba było wrócić na uczelnię. Również czekał tu na mnie mój chłopak, który z reguły nie odstępuje mnie kiedy tylko się da więc mam ograniczone możliwości. Wie, że się odchudzam, liczę kalorie, nawet udaje mi się mu wmówić że 400 kcal to dużo (na szczęście nie ma zielonego pojęcia o kaloriach itp.) :D
Niestety uczelnia nie wpływa dobrze na dietowanie, z tego względu że działam w kole naukowym i czasem zdarza mi się siedzieć tam po 12 godzin, no i wtedy ciężko się skupić na robocie jak burczy w brzuchu. No ale ogólnie większych grzechów nie popełniłam oprócz kawałka sernika wczoraj, ale chyba mogę zgonić winę na okres?:D Na szczęście nie był duży, wiem że ogromnego wpływu na moją dietę nie wywarł, ale i tak byłam zła na siebie że go zjadłam.
Niestety nie miałam kompletnie czasu na ćwiczenia. Starałam się robić trochę brzuszków chociaż, ale ten tydzień jest okropny, jeszcze dwa kolosy mnie czekają jutro i w piątek :( no nic trzeba się uczyć...
Oczywiście pododaje wagę, wzrost i wasze linki, tylko do tej pory nie miałam zbytnio czasu..
Trzymajcie się:*
Niestety nie będę mogła zaglądać tu codziennie żeby coś naskrobać, ale będę to robiła jak tylko znajdę wolną chwilkę. Siedząc w domu mogłam przesiadywać tu cały czas, niestety weekend nie był wieczny i trzeba było wrócić na uczelnię. Również czekał tu na mnie mój chłopak, który z reguły nie odstępuje mnie kiedy tylko się da więc mam ograniczone możliwości. Wie, że się odchudzam, liczę kalorie, nawet udaje mi się mu wmówić że 400 kcal to dużo (na szczęście nie ma zielonego pojęcia o kaloriach itp.) :D
Niestety uczelnia nie wpływa dobrze na dietowanie, z tego względu że działam w kole naukowym i czasem zdarza mi się siedzieć tam po 12 godzin, no i wtedy ciężko się skupić na robocie jak burczy w brzuchu. No ale ogólnie większych grzechów nie popełniłam oprócz kawałka sernika wczoraj, ale chyba mogę zgonić winę na okres?:D Na szczęście nie był duży, wiem że ogromnego wpływu na moją dietę nie wywarł, ale i tak byłam zła na siebie że go zjadłam.
Niestety nie miałam kompletnie czasu na ćwiczenia. Starałam się robić trochę brzuszków chociaż, ale ten tydzień jest okropny, jeszcze dwa kolosy mnie czekają jutro i w piątek :( no nic trzeba się uczyć...
Oczywiście pododaje wagę, wzrost i wasze linki, tylko do tej pory nie miałam zbytnio czasu..
Trzymajcie się:*
sobota, 17 marca 2012
kolejny dzień zmagań
Dzisiaj pobiłam samą siebie. Mało, mało malutko. Chociaż nie jest idealnie bo mogłam zjeść coś np mniej kalorycznego niż smażony kotlet sojowy, ale równie dobrze mogłam zjeść ich np więcej.
A więc bilans dnia na dzisiaj:
Serek wiejski z rzodkiewką - 116,5 kcal
Trochę rosołu z makaronem - 149 kcal
Kotlet sojowy - 78 kcal
Marchew - 12 kcal
Brokuły - 27 kcal
Brukselka - 18 kcal
(wszystkie warzywa na parze)
Co daje piękną sumę 400,5 kcal:) no i do tego kawa i 2 herbatki zielone, i woda, woda, woda.... :)
Jeżeli chodzi o ćwiczenia, to zaczynam się poprawiać, jeździłam 70 min na rowerku (taka piękna pogoda, nie można było tego zmarnować) i zrobiłam 50 brzuszków.
I spacery:)
To już piąty dzień mojej diety, i z każdym dniem jest coraz lepiej:) nie mogę się doczekać aż stanę na wagę, żeby sprawdzić rezultaty. No i muszę też zainwestować w miarkę żeby sprawdzać wymiary.
Kupiłam sobie dziś peeling do ciała oraz Slim Extreme 3D Termoaktywne Serum wyszczuplające z Eveline, mam nadzieję że przyniesie efekty, bo grzeje jak w piecu :D
Szkoda że na rower będę mogła wsiąść dopiero za jakieś trzy tygodnie jak przyjadę do domu na święta, bo tam gdzie studiuję nie miałabym go gdzie trzymać a jutro już powrót....
Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego chcę być szczupła, dlaczego trzymam się takiej restrykcyjnej diety. Mogłabym chudnąć powolutku, nieznacznie obniżając kalorie. Równie dobrze mogłabym nie robić nic, osoby z większą wagą od mojej czują się dobrze w swoim ciele.
Wszystko zaczęło się w podstawówce, dojrzewanie, rosną cycki. Byłam wtedy szczupła, ale rozwijałam się dużo szybciej niż koleżanki (czyt. duże cycki - winie za to moje babcie). Oczywiście koledzy zaczęli zwracać na to uwagę. Oczywiście nie w sposób dyskretny, z daleka, czy docinając mi. Bezczelnie mnie obmacywali, nic nie pomagało, krzyki, groźby, liście w twarz. Byłam zamknięta w sobie, nikomu o tym nie powiedziałam, dusiłam to w sobie. Potem mój brat. Na szczęście do niczego nie doszło. To było w 1 gimnazjum, zaczął mnie obmacywać, rozbierać, zachęcał żebym się dla niego rozbierała. Namawiał mnie też do seksu, ale na szczęście nigdy do tego nie doszło. Czułam się strasznie źle, nie wiedziałam jak to wszystko skończyć. W efekcie zaczęłam to wszystko zajadać, w drugiej gimnazjum przytyłam 20kg, mimo że cały czas, od kilku lat miałam regularny kontakt ze sportem.
No i rodzice - zawsze mi mówili nie jedz tego, tamtego, przytyjesz, coś Ci brzuch bardziej sterczy, a kiedy przytyłam to się zaczęło -gruba świnio itp itd. Popadłam w kompleksy nienawidzę samej siebie.
Do tej pory nieudane związki z mężczyznami- jeden wykorzystał i zostawił, potem przespałam się z kolesiem, który się mną zainteresował - byłam przekonana że do niczego innego sięnie nadaję, facetom potrzebna jestem tylko do zaspokajania potrzeb.
Potem nadszedł pierwszy stały związek, myślałam że jestem coś warta, można mnie kochać - okazało się że facet mnie zdradza.
To wszystko sprawiło, że chcę się zmienić, chcę się sobie podobać, a przy okazji i innym. Nie chcę, żeby jedyne co we mnie widzieli to duże cycki.
Teraz jestem w związku od pół roku i jestem szczęśliwa, ale nadal niezadowolona z mojego wyglądu. Mogłabym się nie zmieniać, mój chłopak powtarza, że dla niego zawsze będę piękna, ale akceptuję to że chcę się zmienić mimo iż twierdzi że to mi nie potrzebne. Ale ja się boję. Boję się że kiedyś spotka jakąś piękną, szczupłą pannę i pomyśli - nie chcę być już więcej z tą grubą świnią. I mnie zostawi. Tego się boje w tym momencie najbardziej...
Przepraszam że zanudzam tym wszystkim, ale miałam potrzebę to z siebie wyrzucić. Nikomu nigdy o tym nie mówiłam.... Ale to wszystko we mnie siedzi, nie chce wyjść z mojej głowy, mam nadzieję, że będzie stopniowo znikać wraz ze zgubionymi kg...
Trzymajcie się i dziękuję za rady i słowa wsparcia :*
A więc bilans dnia na dzisiaj:
Serek wiejski z rzodkiewką - 116,5 kcal
Trochę rosołu z makaronem - 149 kcal
Kotlet sojowy - 78 kcal
Marchew - 12 kcal
Brokuły - 27 kcal
Brukselka - 18 kcal
(wszystkie warzywa na parze)
Co daje piękną sumę 400,5 kcal:) no i do tego kawa i 2 herbatki zielone, i woda, woda, woda.... :)
Jeżeli chodzi o ćwiczenia, to zaczynam się poprawiać, jeździłam 70 min na rowerku (taka piękna pogoda, nie można było tego zmarnować) i zrobiłam 50 brzuszków.
I spacery:)
To już piąty dzień mojej diety, i z każdym dniem jest coraz lepiej:) nie mogę się doczekać aż stanę na wagę, żeby sprawdzić rezultaty. No i muszę też zainwestować w miarkę żeby sprawdzać wymiary.
Kupiłam sobie dziś peeling do ciała oraz Slim Extreme 3D Termoaktywne Serum wyszczuplające z Eveline, mam nadzieję że przyniesie efekty, bo grzeje jak w piecu :D
Szkoda że na rower będę mogła wsiąść dopiero za jakieś trzy tygodnie jak przyjadę do domu na święta, bo tam gdzie studiuję nie miałabym go gdzie trzymać a jutro już powrót....
Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego chcę być szczupła, dlaczego trzymam się takiej restrykcyjnej diety. Mogłabym chudnąć powolutku, nieznacznie obniżając kalorie. Równie dobrze mogłabym nie robić nic, osoby z większą wagą od mojej czują się dobrze w swoim ciele.
Wszystko zaczęło się w podstawówce, dojrzewanie, rosną cycki. Byłam wtedy szczupła, ale rozwijałam się dużo szybciej niż koleżanki (czyt. duże cycki - winie za to moje babcie). Oczywiście koledzy zaczęli zwracać na to uwagę. Oczywiście nie w sposób dyskretny, z daleka, czy docinając mi. Bezczelnie mnie obmacywali, nic nie pomagało, krzyki, groźby, liście w twarz. Byłam zamknięta w sobie, nikomu o tym nie powiedziałam, dusiłam to w sobie. Potem mój brat. Na szczęście do niczego nie doszło. To było w 1 gimnazjum, zaczął mnie obmacywać, rozbierać, zachęcał żebym się dla niego rozbierała. Namawiał mnie też do seksu, ale na szczęście nigdy do tego nie doszło. Czułam się strasznie źle, nie wiedziałam jak to wszystko skończyć. W efekcie zaczęłam to wszystko zajadać, w drugiej gimnazjum przytyłam 20kg, mimo że cały czas, od kilku lat miałam regularny kontakt ze sportem.
No i rodzice - zawsze mi mówili nie jedz tego, tamtego, przytyjesz, coś Ci brzuch bardziej sterczy, a kiedy przytyłam to się zaczęło -gruba świnio itp itd. Popadłam w kompleksy nienawidzę samej siebie.
Do tej pory nieudane związki z mężczyznami- jeden wykorzystał i zostawił, potem przespałam się z kolesiem, który się mną zainteresował - byłam przekonana że do niczego innego sięnie nadaję, facetom potrzebna jestem tylko do zaspokajania potrzeb.
Potem nadszedł pierwszy stały związek, myślałam że jestem coś warta, można mnie kochać - okazało się że facet mnie zdradza.
To wszystko sprawiło, że chcę się zmienić, chcę się sobie podobać, a przy okazji i innym. Nie chcę, żeby jedyne co we mnie widzieli to duże cycki.
Teraz jestem w związku od pół roku i jestem szczęśliwa, ale nadal niezadowolona z mojego wyglądu. Mogłabym się nie zmieniać, mój chłopak powtarza, że dla niego zawsze będę piękna, ale akceptuję to że chcę się zmienić mimo iż twierdzi że to mi nie potrzebne. Ale ja się boję. Boję się że kiedyś spotka jakąś piękną, szczupłą pannę i pomyśli - nie chcę być już więcej z tą grubą świnią. I mnie zostawi. Tego się boje w tym momencie najbardziej...
Przepraszam że zanudzam tym wszystkim, ale miałam potrzebę to z siebie wyrzucić. Nikomu nigdy o tym nie mówiłam.... Ale to wszystko we mnie siedzi, nie chce wyjść z mojej głowy, mam nadzieję, że będzie stopniowo znikać wraz ze zgubionymi kg...
Trzymajcie się i dziękuję za rady i słowa wsparcia :*
piątek, 16 marca 2012
Pierwszy post, jeden z wielu, moje zmagania...
Powracam do pisania bloga. Robiłam to dawno, jako zupełnie inna osoba, bez motywacji, bez celu w życiu, zwykłe zakompleksione dziecko.
Tak naprawdę chyba dopiero na studiach uświadomiłam sobie, że trzeba wziąć życie we własne ręce. Nie ma na co czekać, samo nic do mnie nie przyjdzie, z nieba nie spadnie.
Powracam NOWA, SILNA JA!!! Nadal z dużą wagą, ale z dużą motywacją do działania.
Wiem, że nie można wyznaczać sobie od razu nie wiadomo jakich celów. Powoli stopniowo, je określać, dążyć do nimi nawet małymi kroczkami, byle się nie cofać.
Nie wiem ile w tym momencie ważę, nie jestem w stanie się zważyć, jestem w domu a tu waga źle waży, a na stancji mi się wyczerpała bateria, ale jak tam wrócę to kupię jąw niedziele i poniedziałek i się zważę.
Mój pierwszy cel, wiem, duży ale nie chce ustalać sobie nie wiadomo jakich przedziałów to 60kg.
A co robię żeby to osiągnąć?
Tak naprawdę na porządnej diecie jestem dopiero od wtorku. Ale 3 dni kiedyś było mi ciężko wytrzymać, a teraz mi się udało mimo że miałam wiele okazji by ulegnąć pokusie, a na dodatek czuję siłę by walczyć dalej. Wprowadziłam kilka zasad, nie wprowadziłam ograniczenia kalorycznego, chociaż gdy je podliczałam, to udało mi się nie przekroczyć 700kcal, a wczoraj nawet było poniżej 600:)
A te moje zasady to:
- staram się nie jeść po 20 chociaż czasem to jest ciężkie ze względu no to że do późna siedzę na uczelni,
- ZERO słodyczy
- ograniczam węglowodamy
- stosuję taki częściowy wegetarianizm, tzn z mięs jem tylko drobiowe i ryby, jak i również produkty zwierzęce: jajka, nabiał itp,
-wprowadziłam owoce, których wcześniej jadłam bardzo mało, no i warzyw staram się jeść więcej, ale to muszę dopracować;)
No i pozostaje kwestia ćwiczeń... Z tym jest ogromny problem, nie dlatego ze mi się nie chce tylko że.... no straciłam kondycję całkowicie. Do tej pory nie ćwiczyłam, od długiego czasu, tak naprawdę dopiero skończyłam sesję i brałam antybiotyki:( No ale dzisiaj wybrałam się pobiegać i co? KATASTROFA!. Łącznie biegałam może ok 10 min ale to i z przerwami, myślałam że padnę po tym. No ale... będęnad tym pracować, w końcu nabiorę trochę kondycji:)
To chyba tyle na dzisiaj, strasznie się rozpisałam jak na pierwszą notkę. A więc idę dopijać zieloną herbatkę, poszukać inspiracji i czegoś czym będę mogła urozmaicać bloga:)
Buziaki dla wszystkich którzy tu wejda :***
Tak naprawdę chyba dopiero na studiach uświadomiłam sobie, że trzeba wziąć życie we własne ręce. Nie ma na co czekać, samo nic do mnie nie przyjdzie, z nieba nie spadnie.
Powracam NOWA, SILNA JA!!! Nadal z dużą wagą, ale z dużą motywacją do działania.
Wiem, że nie można wyznaczać sobie od razu nie wiadomo jakich celów. Powoli stopniowo, je określać, dążyć do nimi nawet małymi kroczkami, byle się nie cofać.
Nie wiem ile w tym momencie ważę, nie jestem w stanie się zważyć, jestem w domu a tu waga źle waży, a na stancji mi się wyczerpała bateria, ale jak tam wrócę to kupię jąw niedziele i poniedziałek i się zważę.
Mój pierwszy cel, wiem, duży ale nie chce ustalać sobie nie wiadomo jakich przedziałów to 60kg.
A co robię żeby to osiągnąć?
Tak naprawdę na porządnej diecie jestem dopiero od wtorku. Ale 3 dni kiedyś było mi ciężko wytrzymać, a teraz mi się udało mimo że miałam wiele okazji by ulegnąć pokusie, a na dodatek czuję siłę by walczyć dalej. Wprowadziłam kilka zasad, nie wprowadziłam ograniczenia kalorycznego, chociaż gdy je podliczałam, to udało mi się nie przekroczyć 700kcal, a wczoraj nawet było poniżej 600:)
A te moje zasady to:
- staram się nie jeść po 20 chociaż czasem to jest ciężkie ze względu no to że do późna siedzę na uczelni,
- ZERO słodyczy
- ograniczam węglowodamy
- stosuję taki częściowy wegetarianizm, tzn z mięs jem tylko drobiowe i ryby, jak i również produkty zwierzęce: jajka, nabiał itp,
-wprowadziłam owoce, których wcześniej jadłam bardzo mało, no i warzyw staram się jeść więcej, ale to muszę dopracować;)
No i pozostaje kwestia ćwiczeń... Z tym jest ogromny problem, nie dlatego ze mi się nie chce tylko że.... no straciłam kondycję całkowicie. Do tej pory nie ćwiczyłam, od długiego czasu, tak naprawdę dopiero skończyłam sesję i brałam antybiotyki:( No ale dzisiaj wybrałam się pobiegać i co? KATASTROFA!. Łącznie biegałam może ok 10 min ale to i z przerwami, myślałam że padnę po tym. No ale... będęnad tym pracować, w końcu nabiorę trochę kondycji:)
To chyba tyle na dzisiaj, strasznie się rozpisałam jak na pierwszą notkę. A więc idę dopijać zieloną herbatkę, poszukać inspiracji i czegoś czym będę mogła urozmaicać bloga:)
Buziaki dla wszystkich którzy tu wejda :***
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)